O autorze
Studentka stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, zaabsorbowana nauką języka szwedzkiego, tematyką dyskryminacji oraz zjawiskami występującymi tu i teraz. Miłuje słowo "alternatywne" i wszystko co z nim związane. Piecze, obserwuje, a energię czerpie z muzyki, podróży oraz z inspiracji z Ikei.

Doba kryzysów

USA kolebką światowego kryzysu finansowego
USA kolebką światowego kryzysu finansowego forbes
Jak doszło do jednego z największych kryzysów światowych w 2008 roku? Co się działo w Argentynie, Ekwadorze i Meksyku? Jakie mechanizmy napędzają gospodarki i kto na tym zyskuje? Skutki "dołków finansowych" znacznie łatwiej można zauważyć niż symptomy, którym warto się bliżej przyjrzeć.

Już w latach 70. kraje latynoamerykańskie zaczęły borykać się z sytuacją głębokiego zadłużenia zagranicznego. Idea była prosta - zaciągano wszelkiego rodzaju pożyczki finansujące bardzo rentowne projekty, z których to dochody miały zrekompensować zaciągnięte długi. Najsłabszym ogniwem okazał się Meksyk, oświadczając iż nie jest w stanie dotrzymać obiecanych terminów płatności. Odtąd machina kryzysu ruszyła - pożyczki międzynarodowe zostały zawieszone, dochód PKB zaczął gwałtownie spadać, a stopy procentowe długów wzrosły, powodując coraz to większy "dołek". Dochody z inwestycji nie były w stanie nadążyć za refinansowaniem długu, dlatego też poszczególne państwa były zmuszone skupić się na spłacie międzynarodowym instytucjom zamiast na dalszym rozwijaniu swoich gospodarek. Kto jest temu winien? Przede wszystkim rządzący politycy, którzy oparli swoje działania na nieodpowiedzialnym zaciąganiu zbyt wysokich pożyczek, a także druga strona - Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy prywatne banki, które zgodziły się na udzielanie kredytów, nie posiadających gwarancji spłacenia. Aby wyjść z kryzysu, nałożono na zadłużone kraje szereg programów, które miały ograniczyć wydatki budżetowe, m. in. podwyższono ceny usług publicznych, zredukowano zatrudnienie czy zachęcano do prywatyzacji. Wydarzenia te z kolei wzbudzały nieufność i brak chęci akcjonariuszy do inwestowania na terenach poszczególnych państw.





Przyczyn kryzysu walutowego w Argentynie możemy dopatrywać się już w latach dziewięćdziesiątych, gdzie wszechobecna hiperinflacja spowodowała znaczny spadek wiarygodności rządzących. Ceny produktów rosły w zastraszającym tempie (nawet co kilka godzin), a ludzie żyli ponad stan, dlatego też w 2001 roku Argentyna ogłosiła niewypłacalność. Rząd przyjął szereg reform i rezolucji wprowadzających liberalizację handlu zagranicznego, dążono do stworzenia konkurencji i obniżenia stawek celnych po to, by na nowo uzyskać zaufanie konsumentów jak i zagranicznych inwestorów. Po umiarkowanej stabilizacji sytuacji w Argentynie, obecnie - w 2014 roku kryzys powrócił "z wielkim hukiem". Prezydent, chcąc zrekompensować mieszkańcom straty poniesione w wyniku kryzysu, podwyższył płace, a także zwiększył wydatki budżetu państwa na wszelkiego rodzaju ochronę socjalną. To właśnie populistyczna polityka doprowadziła do ponownego zachwiania gospodarką. Spadki dochodów zaczęto reperować poprzez pożyczki finansowe i dodruk pieniędzy, w wyniku czego machina ruszyła - wzrost inflacji, dewaluacja pieniądza, niska produktywność pracy, gwałtowny wzrost deficytu budżetowego i długu publicznego, wywołały panikę wśród akcjonariuszy.



W przypadku kryzysu światowego z 2008 roku, wszystko zaczęło się od polityki m. in. Alana Greenspana - szefa Systemu Rezerwy Federalnej USA (FED), który utrzymywał "tani pieniądz" by pobudzać koniunkturę. Wydatki na zbrojenia, wojny i tendencje obywateli do nieoszczędzania, doprowadziły do nadmiernego zadłużenia. Amerykański deficyt został sfinansowany przez tych, którzy uzyskali nadwyżki w handlu z USA czyli w tym przypadku poprzez Chiny. Nisko oprocentowane kredyty hipoteczne zaczęły być nierzetelnie udzielane osobom nieposiadającym pokrycia w swoich zarobkach. Kiedy stopy procentowe zaczęły rosnąć, narastająca bańska spekulacyjna pękła, gdyż kredytobiorcy nie mieli z czego spłacać swoich odsetek. Brak możliwości zaciągania kolejnych kredytów spowodował drastyczny spadek cen nieruchomości, a także chętnych na ich zakup. Na giełdę weszły tak zwane "toksyczne papiery wartościowe", czyli akcje, które były ciągle w obrocie lecz naznaczone znacznym zadłużeniem. Główny bank USA Lehman Brothers ogłosił bankructwo, po czym reszta instytucji jak grzyby po deszczu zaczęły upadać (m. in. jedna z największych przedsiębiorstw przemysłowych General Motors), a Wall Street, ulica skupiająca główne instytucje finansowe USA, notowała olbrzymie spadki. Ze względu na uzależnienie i umiędzynarodowienie filarów finansowych, "wirus" rozprzestrzenił się i osłabił większość zachodnich gospodarek w Europie.

Wydawać by się mogło iż po falach kryzysu, Europa nauczyła się nie powielać popełnianych błędów, jednak sytuacja w Grecji z 2010 roku pokazuje, iż nie unikniemy kolejnych wahań na rynku. Brak reform regulujących poziom gospodarczy sprawiły iż państwo to było zbyt słabo przygotowane do wprowadzenia waluty Euro. Banki europejskie, mimo posiadanych informacji o zbyt wysokim deficycie, udzieliły pożyczek Grecji, w wyniku czego stała się ona zadłużona w nadmiernym stopniu.


Już teraz można zauważyć iż Hiszpania, Portugalia, Włochy, Grecja i Irlandia znacznie ograniczają swoje wydatki budżetowe kosztem innych sektorów (np. ochrony zdrowia czy edukacji.) Liczne akcje ratunkowe mają za zadanie pomóc wyjść z kryzysu, dlatego większość funduszy przeznaczana jest na łatanie dziur, długów i deficytów. Trafny komentarz co do obecnej sytuacji sformułował Rafael Correa, ekwadorski polityk i ekonomista, pisząc: " Rzecz jednak w tym, że w istocie prowadzona polityka nie zmierza do wyjścia z kryzysu możliwie najmniejszym kosztem dla obywateli europejskich, lecz gwarantuje jedynie prywatnym bankom spłatę zadłużenia."
Trwa ładowanie komentarzy...